Nie lubię takich momentów :(

Cała gra jest świetna i warta swojej ceny.

Im bliżej końca tym więcej akcji i decyzji do podjęcia oraz coraz większe napięcie, które na końcu zamienia się w zestresowanie <- przynajmniej u mnie tak było.

Trylogia Mass Effect była kreowana od samego początku jako epicka opowieść o bohaterze ratującym już nie tylko pojedynczy naród lub nawet planetę, ale jako wyzwoliciela całej galaktyki dlatego nie ma co ukrywać, że osobiście spodziewałem się równie podniosłego zakończenia.

Rozpoczynając ostatnią serię misji czułem po „kościach”, że sterowany przeze mnie bohater raczej tego nie przeżyje i miałem rację. Gra kończy się (przynajmniej wyborze „niebieskiej” ideologicznej opcji) śmiercią bohatera, który poświęca się celem uratowania wszystkich i wszystkiego, ale… tu się wszystko brzydko urywa.

Fakt, że bohater się poświęca jest ok <- czemu nie, choć trochę było mi żal po w sumie 100 gry Sheppardem patrzeć w filmiku końcowym przeżywa swoje ostatnie chwile.

Denerwuje mnie kilka rzeczy w tym zakończeniu:

1. Świeżo przywrócony związek z Ashley Williams, bo tuż przed ostatnią misją <- zero wzmianki co się z nią stało

2. Film końcowy pokazuje rozbijającą się Normandię 2 na jakiejś planecie <- czyli nagrodą za pomoc w ratowaniu galatyki jest mieć przerąbane <- żenada

3. Przekaźniki mas eksplodują czyli podróże między układami planetarnymi przestają istnieć <- no to co do cholery dzieje się z tą całą obcą flotą jaka zostaje w okolicach ziemi <- wątpię żeby wszystkie wyżywiły się hamburgerami ;) , a za nim wrócą na swoje planety to umrą z głodu <- więc w sumie zamiast uratować galaktykę jesteśmy powodem śmierci paru milionów przyjaznych obcych <- żenada

4. No i w sumie nie wiemy nic o pozostałych naszych ziomalach, którzy przewijali się od pierwszej części <- więc w sumie ratujemy wszystkich ale tak naprawdę nie wiadomo czy ktokolwiek żyje

 

Jak dla mnie zakończenie jest baaardzo niedopracowane :( a cała gra była naprawdę świetna

 

ps.: I skoro nasz bohater ginie to po jaką cholerę mamy możliwość dalszej gry i rozwijania postaci <- bez jaj, w momencie przywrócenia Shepparda na statek poczułem, że twórcy z gry po prostu sobie ze mnie zakpili i to bez ogródek.

 

Za grę daje +5 , ale za zakończenie daje -1.

 

Ogólnie to nie jestem dobry w składaniu życzeń, take w krótkich „żołnierskich” słowach chciałem wszystkim życzyć smacznego jajka i mokrego dyngusa.

Krótko zwięźle i na temat ;)

 

Zaraz po zakończeniu ME 2 zainstalowałem i uruchomiłem ME 3 i tu szok…

(nie potrzebnie narzekałem na zmienione głosy aktorów w porównaniu części 2 i 1 <- chyba producent przeczytał mojego posta ;) )

Owszem wersja polska jest, ale… tylko kinowa czyli tylko polskie napisy <-o myślałem, że zejdę z tego świata.

Ale nie dziwota Polacy potrafią spierdzielić wszystko co dobre :(

 

Po 5 minutach gry 3 dni tego zrezygnowałem z dalszej rozgrywki <- teraz wracam i mam nadzieję, że się nie zawiodę jeszcze bardziej niż jestem teraz jako fan tej serii.

W tym momencie cały klimat ma spooory minus. Gdyby poprzednie części nie miały polskich dialogów to teraz miałbym inne nastawienie.

 

Nie pisałem kilka dni, ale to efekt mojego zszokowania na grę Mass Effect 3, ale o tym później.

 

 

Drugą część serii ME ukończyłem jakoś 2 dni temu po ok.27h spędzonych w grze…

Przez całą grę, czegoś mi brakowało <- możliwe, że to dlatego, że ta część była w dużej mierze skupiona na samej walce a nie na fabule (choć ta zdecydowanie utrzymała poziom w stosunku do pierwszej części ). Wątek główny był dość krótki jak dla mnie i gdyby nie zadania poboczne to byłbym w stanie przejść grę w nie całe 10 godzin. Dodatkowo czas gry został wydłużony przez „wymuszone” moim zdaniem wyszukiwanie surowców <- jeśli chcemy mieć lepsze bronie, pancerze itp musimy szukać surowców i planów ulepszeń <- to jest trochę nie dopasowany element w tej grze bo albo mamy fabułę, albo się strzelamy, albo trochę bez sensownie spędzamy do 10 minut na każdej planecie po kolei celem wydobycia jak największej ilości surowców.

Co do końcowych misji…

od wylądowania na statku Zbieraczy aż po sam koniec fabuły wszystko jest hmm, ogromne <-o graficznie jest to świetnie zrobione i grając miał wrażenie że jestem na tym statku (i o to właśnie chodzi) :)

Jedno mnie zasmuciło po powrocie z ostatniego zadania… nic nie było :( tzn.: w ME 1 wszyscy ci dziękowali i uwielbiali jako wyzwoliciela (co było bardzo przyjemne ;) ), a przynajmniej wiedzieli, co się stało, a tu… nic, w Cytadeli nawet nikt nie wspomina o Zbieraczach jakby nikt nic nie chciał wiedzieć <- ot taki szczególik, który mnie wybił z rytmu ratowania galaktyki.

 

Teraz czas na ME 3 :D

 

To jest dla mnie temat rzeka <- mogę niemal non-stop rozmawiać o filmach i je analizować.

 

Moja przygoda z filmami rozpoczęła się w podstawówce kiedy na szkolnej świetlicy opiekunka puściła film „Critters”, który do dzisiaj nie nadaje się dla dzieci chodzących do 4 klasy podstawówki. Film w wielkim skrócie traktuje można powiedzieć o włochatych ziemniakach pożerających ludzi i nie tylko.

Film wywarł takie piętno na mojej psychice, że:

a) przez 3-4 dni  po jego oglądnięciu nie było ze mną prawie żadnego kontaktu <- wszędzie widziałem kritersy

b) pamiętam go do dzisiaj <- tylko, że jak oglądam go teraz to mam z niego ubaw ;)

Po przyjściu do siebie zacząłem oglądać bardzo różne filmy od westernów, przygodówek, science-finction, romantyków itp itd i tak mam aż do dzisiaj.

Przez całe swoje dotychczasowe życie obejrzałem prawdopodobnie kilkanaście tysięcy filmów i seriali <- na tym się nie skończy ponieważ moja mania nie minęła.

 

Nie mam szczególnie ulubionej kategorii filmowej, dzięki czemu nie skupiam się na jakimś konkretnym repertuarze, a raczej próbuję wszystkiego celem znalezienia dla siebie takich małych perełek. Bardzo dużo zależy od nastroju jaki mam w danej chwili i ciężko mi określić jaki rodzaj przy jakim humorze oglądam. Bywa różnie, czasami mam ochotę na coś spokojnego z lekkim humorem ( np.: „Duchy moich byłych” ), czasami na film z akcją ( np.: 300, Arena ),a czasami jest nastrój na coś ostrzejszego i robię sobie maraton z filmem Piła ;) lub ostatnio Hostel ( choć przy 2 części nieźle się uśmiałem.. ale to już pewnie efekt mojej zniszczonej psychiki ;) )

Na początku mojego hobby traktowałem wszystkie filmy bardzo poważnie i oglądając np.: Krzyżaków i moją ulubioną scenę bitwy pod Grunwaldem zastanawiałem się skąd oni wzięli tych wszystkich ludzi, którzy tam zginęli i nie mogłem pojąć dlaczego bohater, który zginął w jednym filmie pojawia się w drugim :) ale co może począć 4- klasista. Teraz jestem bardziej świadomy w zakresie kręcenia filmów i wykorzystywanych efektów specjalnych <- jednak wcale nie przeszkadza mi, że 99% niektórych filmów to praca animatorów i ni jak się ma do rzeczywistości ( np.: Avatar ).

 

Tak  sobie myślę, że nawet jakbym codziennie pisał 2 zdania o jakimś filmie który oglądałem to w kolejnej 10-latce mam zapełniony każdy dzień, ale raczej tego nie zrobię ;)

Choć kilka szczególnych dla siebie tytułów zaszczycę postem na swoim blogu.

 

 

Rzadko kiedy ma się możliwość przeczytania tak świetnej książki, która od samego początku wciąga co raz bardziej  aż do samego końca.

Gdybym nie przeczytał pierwszej części nie uwierzyłbym, że obie zostały napisane przez tego samego autora. Całkowicie inny styl i sposób przedstawienia wydarzeń oraz przeżyć młodych bohaterów już nie w jako próby streszczenia całej akcji, ale mam odczucie, że jestem niemalże jako trzeci członek ich górskiej przeprawy.

Druga książka Bear Grylls’a jest po prostu świetna i spełnia w 110% swoje założenie czyli przekazanie wskazówek związanych ze sztuką przetrwania w postaci opowiadania przygodowego.  Obaj bohaterowie są przedstawieni bardziej emocjonalnie dzięki opisom tego co czują zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Co najważniejsze przez książkę przechodzimy z przyjemnością, a nie przebiegamy w chaosie.

 

 

Mam nadzieję, że  autor utrzyma poziom, ponieważ… już jutro biorę się za czytanie 3 części i nie ukrywam, że czekam z niecierpliwością na kolejne.

 

 

 

misja-przetrwanie-wilczy-szlak

 

Hurrra!

Jestem dopiero w okolicach 100 strony, ale już widzę sporą zmianę w stosunku do stylu o którym pisałem w poprzednim poście o książce „Złoto bogów”. To jest to na co czekałem.

Opis zdarzeń i otoczenia jest o niebo lepszy niż w pierwszej części tej serii, kolejne akapity są spójne dzięki czemu można na spokojnie uczestniczyć w tym co się dzieje.

Nie ukrywam, że miałem obawy o to jak będzie prowadzone dalsze przygody Beck’a <- teraz to już nie jest raport z „misji” tylko rzeczywiście 100% książka opowiadająca jego przygody w które można się w czuć.

Oby tak dalej :) <- jeszcze tylko ok.250 stron (jest to na razie najdłuższa książka w tej serii)

 

ps.: Co nie zmienia faktu, że brakuje książki, która byłaby wprowadzeniem jak ten trzynastolatek stał się niemal wszystkowiedzącym o sztuce przetrwania twardzielem ;)

 

 

misja-przetrwanie-zloto-bogow

 

Jest to pierwsza z serii książek autorstwa Bear Grylls’a znanego z prowadzonego przez niego programu na Discovery pt.: „Szkoła przetrwania”.

Aż do wczoraj byłem ciekawy stylu w jakim napisana jest ta książka <- od wczoraj już wiem ;)

Opowiadanie czyta się bardzo szybko i przyjemnie, choć są momenty kiedy można się pogubić między opisywanymi zdarzeniami w poszczególnych akapitach. Często nie wiedziałem czy autor opisuje realne zdarzenia, czy senne wizje Beck’a głównego bohatera w świecie Aluna (świat duchów Indian z Plemienia Kogi).

W dwóch zdaniach mówiąc o czym jest książka.

Wujek głównego bohatera wraz z burmistrzem miasta ( potomkiem słynnego konkwistadora ) zostają porwani celem znalezienia złotego miasta Indian. Główny bohater wraz z bliźniakami (dziećmi pana burmistrza) Chrissy i Marco wyruszają w podróż chcąc uratować członków swojej rodziny. Aby osiągnąć to zamierzenie budują tratwę, walczą z rekinem, spotykają członków plemienia Kogi i wszystko kończy się hepi endem.

 

Niestety czytając książkę czułem i nadal czuję duży niedosyt, a to z dwóch powodów:

1. Opisy większości sytuacji są bardzo powierzchowne, przez co mam wrażenie jakbym przeczytał raport z jakiejś wyprawy <- w jednym akapicie mamy dwu-zdaniowy opis aktualnej sytuacji, po czym w następnym bez uprzedzenia lądujemy w świecie duchów. Przez takie mieszanie człowiek tak na prawdę nie wie w nie których momentach nie jest pewny czy czyta książkę przedstawiającą świat realny czy klimat fantasy.

2. Cały czas autor wspomina o przeszłości Beck’a jednak robi to w sposób jednozdaniowy z czego czasami nic nie wynika. W przypadku takiej serii spodziewałbym się na początku książki zawierającą historię głównego bohatera opowiadającą o tym kim był on i jego rodzice, o tym jak ojciec uczył go sztuki przetrwania, a matka zabierała na rożne podróże… Bardzo brakuje takiego wstępu, przez co główny bohater jest pokazany od razu ze strony wszystko wiedzącego <- to jest nieco irytujące

 

Całkiem inny klimat oraz styl utrzymuje Christie Golden, Robert Knaak i Robert Ludlum (moi ulubieńcy) <- opisów jest więcej, można po prostu poczuć wszystkie zdarzenia od środka <- czytając np.: „Warcrafta: Władca klanów”  pióra Pani Goldem w każdym momencie czułem niemal zapach jaki odczuwali bohaterowie :) to było przeżycie.

 

Pomimo powyższych uwag, bardzo polecam tą książkę, czyta się ją lekko i szybko. Z tego co wiem jest to pierwsze takie dzieło Pana Bear Grylls’a co napawa mnie nadzieją na pewną ewolucję w stylu tworzenia, ale o tym przekonam się może już dzisiaj wieczorem kiedy sięgnę po drugą część serii czyli „Szlakiem wilka”.

 

Gipsowanie i szlifowanie

 

 

Ten etap obejmował wstawienie okienka i wyłożenie ścian płytami gipsowymi, dzięki czemu wszystko zaczęło nabierać docelowego kształtu.

© 2012 Blog Goofyx'a Suffusion theme by Sayontan Sinha